wtorek, 11 września 2012

    Mecze koszykówki zawsze bardzo ją interesowały. I tym razem Rachel, siedząc na trybunach świetnie się bawiła. Kibicowała zawzięcie Czarnym Smokom-drużynie swojego najlepszego przyjaciela Colina.
- Obiecaj mi - powiedział do niej przed meczem - że będziesz mnie wspierać.
A ona zawsze dotrzymywała obietnicy. Więc teraz razem z tłumem krzyczała i dopingowała go z całych sił.
    Kilka minut przed gwizdkiem końcowym zdarzyło się jednak coś, co zmieniło jej dotychczasowe życie. Chłopcy z drużyny smoków prowadzili czterema punktami, gdy nagle z sufitu zaczęły spadać ogromne, ciężkie lampy, które oświetlały boisko. Ludzie zerwali się do ucieczki. Zapanował chaos. W pewnym momencie, pośród tego zamieszania, Rachel zauważyła coś dziwnego. Przy drzwiach wyjściowych stał spokojnie wysoki mężczyzna w ciemnozielonym płaszczu i czarnym kapeluszu. Nie ruszył się z miejsca nawet wtedy, gdy jedna z lamp spadła bardzo blisko niego. Nie mogła dostrzec jego oczu, lecz zauważyła na jego twarzy bardzo nieprzyjemny uśmiech. Nagle usłyszała krzyk. Odwróciła się gwałtownie i zauważyła, że na podłodze, przygnieciony żelastwem leży... Colin! Nie ruszał się. Chciała mu pomóc. Chciała podbiec i sprawdzić czy żyje. Zerwała się z miejsca i chwilę potem znalazła się przy nim. Krew. Wszędzie było jej pełno. Zakręciło jej się w głowie. Wszystko widziała jak przez mgłę.Nagle poczuła czyjeś silne dłonie na ramionach. Był to pan Arrol. Ich nauczyciel i bliski przyjaciel rodziców Colina.
- Chodź Rachel - powiedział
Chciała zaprotestować, ale nie mogła wydusić z siebie słowa. Arrol wyprowadził ją na dwór.
- W porządku? - spytał - Dobrze się czujesz?
Kiwnęła głową.
- C-Co... - wysapała - Co z Colinem?
Czuła się jak po długim biegu. Gwałtownie łapała powietrze.
- Karetka już przyjechała - odpowiedział Arrol - Zaraz go stąd zabiorą. Mogę cię tu na razie zostawić?
Znów kiwnęła. Nauczyciel odszedł.
    Colin'a zabrała karetka. - pomyślała - Z resztą chyba nie tylko jego. Jak to się mogło stać? I kim był ten tajemniczy mężczyzna w płaszczu? Jedno było pewne - to nie był wypadek. I ja dowiem się o co w tym wszystkim chodzi. Jestem to winna Colinowi.

2 komentarze:

  1. No, Gemini! Jest dobrze, aczkolwiek szkoda, że tylko tyle... Dodaję tu pierwszy komentarz, więc jestem happy (jak te maluchy, co noszą pieluchy) i życzę weny (chęci i czasu!!!!!!!!!!!) na ciąg dalszy (oby, teraz pałeczkę przejęła Ever! :D).
    Droga sis Oph...
    Allelujah (h).
    :):):)

    OdpowiedzUsuń
  2. hehehe ^^ cóż ja znalazłam ;>
    jeśli będziecie dodawać tak często jak dotychczas to długo wam zajmie napisanie tej oto opowieści :D hahah :D
    Weny kochane :*

    OdpowiedzUsuń